Od Mazur po góry – podróż za jeden uśmiech

Od Mazur po góry – podróż z dzieckiem i psami

Uwielbiam spontaniczne wyjazdy, a Wy? 🚗
Jadąc jednak z dzieckiem i psami, trzeba się choć trochę przygotować i mieć chociaż ogólny plan.

Namiot kupiony, więc ruszamy! Plan jest taki: przez Mazury dojechać do gór w 6 dni. Założenie było też takie, żeby każdego dnia spać w innym miejscu i przemieszczać się maksymalnie 4 godziny – tak, aby zobaczyć jak najwięcej, a jednocześnie się nie umęczyć w podróży.

Zapraszam Was w podróż za jeden uśmiech… no dobrze, nie do końca za jeden uśmiech  – jedziemy swoim samochodem – ale radości i tak było mnóstwo!

Leśne Arboretum Warmii i Mazur – Kudypy

Pierwszy przystanek: Leśne Arboretum Warmii i Mazur w Kudypach. To ogród botaniczny o powierzchni ponad 15 ha. Ścieżka edukacyjna prowadzi przez piękną roślinność – miejscami naprawdę bajeczną. Ponad 1000 gatunków i odmian roślin z całego świata! Można spacerować, przysiąść, odpocząć albo zrobić ciekawe zdjęcia.

W budynku nadleśnictwa Kudypy (tam kupuje się bilety) jest toaleta i można wejść z psami. W sezonie (kwiecień–październik) ogród czynny jest codziennie od 9:00 do 18:00. Zwiedzanie zajmuje ok. 1,5 godz. Bilety: 12 zł dorośli, 8 zł dzieci, psy – 10 zł. Pieski mile widziane, oczywiście na smyczy. 

https://kudypy.olsztyn.lasy.gov.pl/arboretum1 

Olsztyn – Stare Miasto i Stary Ratusz

Z Kudyp do Olsztyna jest tylko 15 minut, więc to był nasz kolejny przystanek. Zaparkowałyśmy blisko Starego Ratusza (XIV w.), gdzie obecnie mieści się Wojewódzka Biblioteka Publiczna.

To coś więcej niż biblioteka – to centrum kultury, gdzie odbywają się spotkania autorskie, warsztaty, wernisaże i dyskusje. Codziennie dzieje się coś innego: od grafiki komputerowej po literackie święta Warmii i Mazur. Niestety nie można wejść z psami, więc poszłyśmy na kawę i ciastko do jednej z kawiarni na starówce.

https://www.wbp.olsztyn.pl/

Pierwszy nocleg – Camping Ukiel

Późnym popołudniem zaczęłam szukać noclegu. Trafiłyśmy na Camping Ukiel, 10 km od Olsztyna (camping.mazury.pl). To duży teren na lekkiej górce, z którego w dwie minuty można zejść nad jezioro. Na miejscu jest nawet mała kawiarnia z dobrą kawą – ważne dla kawoszy takich jak ja.

Ceny noclegu : 25 zł dorosły, 10 zł dziecko, 25 zł samochód. Psy – gratis. Dużo przestrzeni (co ważne przy psach nerwowych), ale sanitariaty średnie. Mimo to miałyśmy własny kawałek plaży, więc psiaki mogły biegać i swobodnie pływać. 

Jezioro Gym i Źródła Łyny

Rano pyszna kawa z ekspresu , śniadanie i ruszamy dalej. Kolejny przystanek – Jezioro Gym (40 minut jazdy). Niestety nie polecam, latem bardzo tłoczno i słaby dostęp do brzegu – ogrodzone działki, przez co długo szłyśmy szukając zejścia do jeziora. Udało się znaleźć wąski dostęp do wody, psy się wykąpały i pojechałyśmy dalej.

Następnie – Źródła Rzeki Łyny. Auto zostawiłyśmy na parkingu i ruszyłyśmy w stronę XVII-wiecznego młyna. Rezerwat prowadzi przez drewniane kładki, schodki i punkty widokowe – cudowne miejsce! Trasa ma ok. 3 km. Początek prowadzi po brukowanej drodze w słońcu ale potem już w cieniu lasu. Parking: 53.452295, 20.416661.

Zamek w Nidzicy i rynek

Kolejny przystanek to zamek w Nidzicy, oddalony o zaledwie 15 minut jazdy samochodem. Ponieważ dotarłyśmy tam w dzień wolny od pracy, mogłyśmy zwiedzić jedynie dziedziniec, na który można wejść z psami. Do samego muzeum zwierząt już nie wpuszczają.

Potem przeszłyśmy na ryneczek, widoczny z zamku, gdzie ku uciesze naszych psiaków znajdowała się fontanna oraz rzeźba chłopca z psami. Według legendy chłopiec był synem latarnika, który codziennie – niezależnie od pogody – wyruszał ze swoimi dwoma pieskami, by zapalać uliczne lampy i pomagać bardzo choremu ojcu w utrzymaniu pracy. Jeden z psiaków stoi obok chłopca, a drugiego… można odnaleźć w jego kieszeni.

Zrobiło się późno, więc trzeba było poszukać noclegu. Najpierw wybrałyśmy się na polecaną w internecie pizzę Ogniem i Piec przy ul. Żeromskiego 10, jednak czas oczekiwania wynosił aż 1,5 godziny. Z tego powodu zdecydowałyśmy się zmienić lokal na Pizzę Gruby Benek przy rynku, której jednak niestety nie mogę polecić. 

Również ze znalezieniem noclegu tego wieczoru nie było łatwo – wszędzie panowało duże obłożenie.

Nocleg w Jabłonce – Agro Ranczo

Nocleg znalazłyśmy w  Agro Ranczo w Jabłonce agroranczo.com . Musiałyśmy się trochę cofnąć ale nie było wyjścia pozostałe campingi w okolicy nie miały miejsc.

Teren duży, cicho i kameralnie, ale sanitariaty średnie i brak kawiarni z poranną kawą. Do tego nie zauważyłam pochyłości przy rozstawianiu namiotu i w nocy zsuwałam się na córcię – lekcja na przyszłość 😉. Cena umiarkowana, ale za psy trzeba dopłacić 10 zł za psa, co nie ukrywam irytuje mnie, gdyż psy wody ani prądu nie zużyją, nie nabrudzą. No ale cóż.

Garncarska Wioska – hit wyjazdu!

Rano ruszyłyśmy dalej, ale po drodze trafiłam na Garncarską Wioskę w Kamionce (garncarskawioska.pl). To był strzał w 10! Spędziłyśmy tam ponad 4 godziny.

Zaczęłyśmy od warsztatów garncarskich. Ja usiadłam przy kole i z pomocą przesympatycznej instruktorki stworzyłam glinianą misę na owoce. Emma wybrała kubek i pięknie go pomalowała. W tym czasie nasze psiaki były cały czas z nami – grzecznie odpoczywały na chłodnej posadzce. Koszt warsztatów wyniósł około 60 zł (dokładnej kwoty niestety nie pamiętam, bo byłam tak oczarowana).

Po artystycznych zajęciach poszłyśmy na rosołek i kawę z ciastkiem. Wszystko było przepyszne, a sama gospoda Ptasie Radio zachwycała wystrojem, w tym imponującą kolekcją starych radioodbiorników.

Następnie wybrałyśmy się na spacer po Rajskim Ogrodzie, gdzie co chwilę trafiałyśmy do nowych, tematycznych alejek. Były tam m.in. Ogród Siedmiu Bram, Ogród Muzyczny, Ogród Kamienny, Rajska Spiżarnia, Bursztynowe Pole czy domek Kubusia Puchatka. Psy są tam mile widziane i nie trzeba za nie płacić. Bilety kosztowały nas 35 zł.

Na koniec spaceru zafundowałyśmy sobie jeszcze pyszne, naturalne lody dostępne na terenie Wioski Garncarskiej. To miejsce zdecydowanie warto odwiedzić – gorąco polecam!
👉 garncarskawioska.pl

Polskie Malediwy – Park Gródek w Jaworznie

Z Kamionki ruszyłyśmy, za radą Moniki, na podbój polskich Malediwów. To niezwykle malownicze miejsce znajduje się w Parku Gródek w Jaworznie. Turkusowe zbiorniki z przejrzystą wodą i pływającymi rybkami wyglądają naprawdę bajecznie. Powstały w dawnych wyrobiskach po kopalniach piasku, żwiru czy kredy, a intensywnie błękitny kolor zawdzięczają wapiennemu podłożu.

Można tam spacerować po drewnianych kładkach ułożonych tuż nad taflą wody. Niestety, w czasie naszego pobytu (sierpień) było tak dużo ludzi, że na kładkach panował spory tłok. Z dwoma psami nie odważyłam się przejść tą trasą. Miejsce jest przepiękne, choć niestety bardzo zatłoczone.

Camping Łoś i wreszcie góry

Na nocleg trafiłyśmy do Campingu Łoś w Wolborzu (campinglos.pl). Ogromny teren, sporo atrakcji (plac zabaw, restauracja, huśtawki), ale sanitariaty średnie i namioty bardzo blisko siebie. Noc nie była łatwa, gdyż słychać było każdy szept z sąsiadujących namiotów. Za to nie było komarów i można było posiedzieć do późna.

Rano pobudka i wreszcie czas ruszyć w upragnione góry! Naszym celem była Szyndzielnia, a samochód zostawiłyśmy na parkingu pod dolną stacją kolejki. Koszt postoju – 20 zł.

Czekał nas krótki spacerek pod lekką górkę do kolejki linowej. Po drodze minęłyśmy obleganą Restaurację pod Dębowcem. Mały głodomorek Emma zapragnęła coś przekąsić więc skusiłyśmy się na rosołek – był naprawdę smaczny, a porcja ogromna, podana prosto z dzbanka. Desery wyglądały kusząco, ale tym razem odpuściłyśmy z obawy o brak czasu.

Na miejscu kupiłyśmy bilety w obie strony: dorosły 44 zł, ulgowy 34 zł. Psy podróżują bezpłatnie. Trochę martwiłam się, jak poradzi sobie Curry, ale na szczęście nie było żadnego problemu. Wejście i wyjście do wagonu nie są trudne dla psów, choć podczas jazdy – zarówno w górę, jak i w dół – przy łączeniach wagonik lekko trzęsie i robi się głośniej. Dla niektórych psów może to być stresujące, dlatego warto mieć przy sobie smaczki albo gryzak.

Wagoniki mieszczą 6 osób. Nam udało się jechać same, co było dodatkowym komfortem. Oczywiście można wybrać opcję bardziej budżetową i wejść pieszo, ale podejście jest strome. Trzeba mieć dobrą kondycję – i właściciel, i pies. W takich wędrówkach ogromnym ułatwieniem jest pas do dogtrekkingu i porządne szelki, które nie krępują ruchów psa.

Po wjechaniu na górę czeka jeszcze krótka wspinaczka – około 15 minut pod górkę – i dochodzimy do schroniska na Szyndzielni, skąd rozciąga się piękny widok na panoramę Bielska-Białej. Polecam na takie wyprawy właśnie pas trekkingowy i dobre szelki – psy muszą być trzymane na smyczy, a dzięki temu ręce pozostają wolne.

Po podróży i krótkiej wspinaczce moja córka była znowu głodna 🙂 , więc zatrzymałyśmy się w schronisku na obiad. Jedzenie było ok 😉

Po posiłku ruszyłyśmy w stronę Klimczoka – spacer zajął nam około 40 minut. Na szczycie czekał naprawdę piękny widok. Miałyśmy szczęście, bo o tej porze było już niewiele osób, dzięki czemu mogłyśmy w ciszy posiedzieć, odpocząć i nacieszyć się panoramą.

Z dużą niechęcią, ale musiałyśmy w końcu zbierać się w drogę powrotną, ponieważ o 19:30 odjeżdżała ostatnia kolejka w dół. Przyspieszyłyśmy kroku i dotarłyśmy na stację o 19:20 – w sam raz, by zdążyć na zjazd.

Na parkingu zadzwoniłam do Campingu 99, żeby zapytać, czy są wolne miejsca. Były, ale Pan nas ostrzegł, że mamy tylko 10 minut na meldunek (gości przyjmują do 20:00). Nie stanowiło to problemu, bo parking, na którym zostawiłam samochód, znajdował się tuż obok: camping99beskid.pl.

To był zdecydowanie najlepszy camping, na jakim byłyśmy. Pięknie zorganizowany, z wyznaczonymi szerokimi miejscami na namioty i samochody. Czysta, ciepła i przestronna łazienka, a do tego – uwaga – basen! Tak, mały, ale zadbany basen o głębokości 1,5 m, w którym oczywiście Panna Emma od razu się wykąpała. Wokół leżaczki, a nawet palma – klimat prawie jak na wakacjach za granicą.

Do dyspozycji gości było też zadaszone miejsce z grillem i dostępem do drewna. Naprawdę świetne warunki, które mogę z czystym sumieniem polecić. Ceny takie jak na większości campingów. Postanowiłam zostać tam na dwie doby. 

Nad ranem wybrałam się z psami na spacer po kawę do Żabki, oddalonej o około 900 metrów. Droga prowadziła malowniczym chodnikiem z pięknym widokiem na góry. Restauracja na campingu była otwierana dopiero od 11:00, więc o porannej kawie na miejscu nie mogło być mowy.

Szukając kolejnej atrakcji, zdecydowałyśmy się na Górę Żar, położoną niespełna godzinę drogi od naszego campingu.

Góra Żar – widoki i adrenalina

Góra Żar to jeden z najciekawszych szczytów w Beskidzie Małym, położony w Międzybrodziu Żywieckim. Samochód zaparkowałyśmy niemal pod samą kolejką – podpowiem, że im wyżej, tym tańszy parking. Bilet na kolejkę górską w obie strony kosztował: 32 zł dla osoby dorosłej, 26 zł ulgowy i 5 zł za psa.

Tym razem kolejka miała formę wagonu przypominającego tramwaj. W przedziale jechało z nami jeszcze sześć osób (ale zmieści się znacznie więcej), więc szansa, że będzie się samemu, jest raczej niewielka. Oczywiście można wejść na szczyt pieszo, ale nie chciałam nadwyrężać 12-letniej Jordan ani w połowie drogi usłyszeć od Emmy, że nie ma już siły. Warto pamiętać, że zejście jest trudniejsze niż wejście – zwłaszcza jeśli idzie się z ciągnącym psem. Dlatego zdecydowałyśmy się na bilety w obie strony.

Na górze czekały piękne widoki, niezasłonięte przez drzewa. Z jednej strony można podziwiać startujące szybowce, z drugiej – panoramę Jeziora Międzybrodzkiego, a na samym szczycie znajduje się charakterystyczny zbiornik elektrowni szczytowo-pompowej.

Dla spragnionych adrenaliny dostępne są też ekstremalne atrakcje – lot szybowcem albo paralotnią. My ograniczyłyśmy się do obserwowania startów paralotniarzy, które wcale nie wyglądały na łatwe.

Po krótkim odpoczynku ruszyłyśmy dalej – żółtym szlakiem wzdłuż płotu otaczającego zbiornik elektrowni, w kierunku Magury i Klimczoka. Najpierw prowadził wzdłuż ogrodzenia, potem przez las. Na trasie było bardzo spokojnie, mało ludzi, a sam szlak nie był szczególnie wymagający. Powrotnie można było wybrać inną drogę – trochę naokoło, ale częściowo asfaltem, więc zdecydowałyśmy się wrócić tą samą trasą.

Po powrocie wróciłyśmy na camping. Zastanawiałam się jeszcze nad zwiedzeniem Bielska-Białej, ale z tyłu głowy miałam długą drogę powrotną z sentymentalnym przystankiem w Luszynie, gdzie spędzałam wakacje jako dziecko. Ostatecznie Emma pluskała się w basenie, a ja pakowałam namiot.

Tak oto zakończyłyśmy nasz wyjazd – od Mazur po góry. Było cudownie. ❤️

Zobacz film z wyjazdu na You Tubę  – KLIKNIJ 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Twój koszyk
Scroll to Top